środa, 9 sierpnia 2017

Moje zaburzenia odżywiania. Jak to wszystko się zaczęło?

Od wielu lat żyję w ciągłym rozdarciu pomiędzy nieuzasadnioną potrzebą jedzenia ponad miarę a chęcią kontrolowania swojej wagi. Dwa lata temu oba te pragnienia przybrały na sile i, przeplatając się wzajemnie, zdominowały całe moje życie – zachorowałam na zaburzenia odżywiania.
Pokrótce wyglądało to tak: na początku chęć chudnięcia zwyciężyła, a ja nagle obudziłam się z wygłodzeniem organizmu i skierowaniem do szpitala. Jednak po roku wszelkie restrykcje jakie sobie wyznaczałam i głodzenie się zostały zdominowane przez dzikie wręcz pożądanie w kierunku jedzenia. Przez co bardzo szybko przytyłam z wagi niebezpiecznie dla mnie niskiej do górnej granicy wagi prawidłowej. Potem zaprzyjaźniłam się z tabletkami na przeczyszczenie i innymi formami kompensacji, „dzięki” którym moja waga nie poszła już znacząco w górę, ale... co z tego, skoro moje życie zamieniło się w wegetację. Boję się każdego kolejnego dnia, boję się, że znowu się objem, że znowu mi się nie uda, że okażę się słaba. Czuję, że to nigdy się nie skończy.
Ale w takim razie... Jak to dokładnie się zaczęło? Co spowodowało, że z wesołej, rezolutnej, zdrowej dziewczynki stałam się zgorzkniałą, zmęczoną życiem, izolującą się w domu dziewczyną z zaburzeniami odżywiania?  

...

Podstawówka. Codziennie wychodząc do szkoły, czuję lęk i wyobcowanie. Nie mam pojęcia, skąd mi się to bierze. Może stąd, że niemal codziennie jestem wyśmiewana i wyzywana od „ciot”? Czuję się odrzucona, ale w końcu zaczynam się do tego przyzwyczajać. Nie mówię o tym rodzicom, bo jestem pewna, że skoro było tak od zawsze, tak już musi pozostać.

Początek drugiej klasy gimnazjum. Moje ciało zaczyna powoli się zmieniać, staję się kobietą. Często słyszę z ust taty, że jestem za gruba, a moja mama całe życie przecież taka drobna. Nie widzę jednak nic niepokojącego w tym, jak wyglądam, moja masa ciała mieści się przecież w dolnej granicy wagi prawidłowej. Ale niewinne komentarze rodziny, choć nie jestem tego świadoma, gdzieś jednak we mnie zostają.

Wiosna 2015. Sama nie wiem, czemu, ale zaczyna się ze mną dziać coś niepokojącego. Patrząc w lustro, widzę tylko swoje ogromne, grube uda. Wstydzę się ich i boję się, że przytyję jeszcze bardziej, aż stanę się otyła. Lęk ten nie dezorganizuje mi jeszcze życia, ale powoli we mnie kiełkuje i narasta.

Lato 2015. Tu tak naprawdę wszystko zaczyna się na dobre rozkręcać. Razem z rodzicami jedziemy do Pragi na wycieczkę zorganizowaną i tam pierwszy raz w życiu dostaję silnego ataku paniki. Dostaję w restauracji nieświeżą zupę, przez co zaczyna mnie boleć brzuch i mam wrażenie, że za chwilę tam przy wszystkich zwymiotuję. Jak to przy ataku paniki – zaczyna walić mi serce, robi mi się jeszcze bardziej niedobrze, drętwieją mi kończyny. Ciągnie się to przez cały wyjazd. Boję się cokolwiek zjeść, z obawy, że zwymiotuję przy wszystkich, przez co ośmieszę się albo sprawię kłopot. Kiedy wracam do domu, ważę trzy kilogramy mniej niż przed wyjazdem. Lęk przed zwymiotowaniem w miejscu publicznym właściwie maleje do zera (tylko na moment, ale to temat na osobny post), za to zaczyna się coś innego – a mianowicie obsesja na punkcie wagi. Bo skoro schudłam, to dlaczego mam to marnować?

...

To właśnie te wydarzenia – może błahe, może nieznaczące – przychodzą mi pierwsze na myśl, kiedy zastanawiam się nad swoim życiem. Na ich tle zaczęłam się powoli zmieniać w wyizolowaną, czującą do siebie wstręt i nienawiść dziewczynę. Może było jeszcze coś, czego już nie pamiętam. W każdym razie dopiero niedawno, na psychoterapii odkryłam, że moja depresja jest napędzana właśnie przez zaburzenia odżywiania. Dlatego czuję potrzebę opisania tego wszystkiego, co przeżyłam i co czułam w najgorszych momentach – chyba głównie dla samej siebie. Jeśli jednak to w jakikolwiek sposób komuś pomoże, choćby przez poczucie, że nie jest sam – będę szczęśliwa. Oczywiście muszę jeszcze zaznaczyć coś bardzo ważnego: nikogo w żaden sposób nie winię. Tak sobie myślę, że główną przyczyną tych wszystkich problemów jest niestety moja osobowość i to, że bardzo łatwo mnie zranić, choć raczej tego nie okazuję. A wydarzenia, które opisałam, niejako „wyzwoliły” chorobę.

Pojawią się jeszcze dwa posty, w których opowiem, jak rozwijały się moje zaburzenia odżywiania. Najprawdopodobniej każdy raz w tygodniu, z tego powodu, że przypomnienie sobie całej mojej historii, wydobycie z najgłębszych zakamarków pamięci tych wszystkich bolesnych wspomnień, kosztuje mnie bardzo wiele. Czuję, że nie dałabym rady opisać wszystkiego za jednym posiedzeniem.


~Hoppas~



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz