wtorek, 15 sierpnia 2017

Moje zaburzenia odżywiania. Okres restrykcji

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami drugą częścią mojej historii związanej z zaburzeniami odżywiania. Jeśli ktoś z Was nie czytał jeszcze pierwszej części, może się z nią zapoznać tutaj.

...

A więc jak już pisałam, spadek wagi, który zauważyłam u siebie po przyjeździe z wakacji, bardzo mnie ucieszył. Nie była to jakaś spektakularna zmiana – ot, dwa, trzy kilo. Ale, nie wiedzieć czemu, kiedy schudłam, moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze – nagle stałam się pewniejsza siebie, chętniej spotykałam się z ludźmi, a także o wiele łatwiej przychodziło mi rozciąganie się (ćwiczyłam wtedy jogę). Miałam motywację do wszystkiego, czułam, WIEDZIAŁAM, że mogę wszystko.
Nieświadomie zaczęłam zmniejszać posiłki. Nieświadomie – bo gdzieś w środku czułam ogromny lęk przed ponownym przytyciem. Pod koniec września straciłam całkiem apetyt i przez cztery dni prawie nic nie jadłam. Czułam się taka silna! Taka lekka. Jednak mój instynkt samozachowawczy zrobił swoje. Po tych kilku dniach, pod wpływem głodu i stresu, pierwszy raz w życiu objadłam się kompulsywnie. Nie to, że zjadłam jedną tabliczkę czekolady. Nie. Pochłonęłam tyle, że czułam się wręcz chora, ledwo mogłam oddychać, nie mówiąc już o poruszaniu się. Może zabrzmi to dziwnie, ale spodobało mi się to. Jeszcze dziś pamiętam uczucie szczęścia i błogości, jakie mnie ogarnęło podczas napadu. Co prawda miałam wyrzuty sumienia, jednak przypomniało mi się, jak czytałam kiedyś o dziewczynach, które jedzą, co chcą, a potem zwracają albo przeczyszczają się. Do wymiotowania mnie nie ciągnęło, ale pomyślałam, że co mi szkodzi, kupię sobie opakowanie Xenny i zobaczymy, co to da.
Oczywiście, jak większość osób, miałam zamiar zrobić to tylko ten jeden raz.
Ale tak się nie stało. Dalej jadłam bardzo mało, a kiedy mój organizm nie wytrzymywał już nieustannego głodu, obżerałam się do bólu żołądka i piłam hektolitry senesu. Nie działo się to jednak zbyt często, ot, raz na tydzień czy dwa. Jednak ciągle towarzyszył mi lęk. Bałam się jeść. Chciałam chudnąć. Coraz więcej! Próbowałam przestać się obżerać, ale średnio mi to wychodziło. Czytałam jednak dużo o skutkach stosowania środków przeczyszczających i dowiedziałam się, że nie powodują one zmniejszenia absorpcji kalorii. Przeraziłam się. A więc wszystko, co zjadałam w trakcie napadów, wchłaniało się! Poczułam obrzydzenie do siebie i do jedzenia, i od tamtej pory na ponad pół roku przestałam się objadać, a na prawie rok – stosować środki przeczyszczające.
Dlatego zaczęłam w przerażającym tempie chudnąć. Wszystkie ubrania na mnie wisiały, włosy wypadały mi garściami, a ja ciągle nie byłam usatysfakcjonowana tym, jak wyglądam. Ważyłam się do dziesięciu razy dziennie, spożywałam naprawdę śladowe ilości jedzenia i w dodatku bardzo wybiórczo. Zaczęłam się panicznie bać niezdrowych produktów. Tak naprawdę jadłam tylko kasze, warzywa i owoce, wszystko w malutkich, skrzętnie odmierzanych porcjach. Sporadycznie zdarzały się orzechy albo jajka. Zaczęłam też intensywnie ćwiczyć. Oczywiście wcześniej również ćwiczyłam (głównie jogę i pilates) i bardzo to lubiłam, ale nagle z trzech godzin treningu tygodniowo zrobiły się średnio trzy godziny treningu dziennie. Czasem dochodziło nawet do pięciu godzin. Oczywiście zdarzało się, że ćwiczyłam jedną godzinę lub wręcz wcale, ale tylko wtedy, kiedy nie miałam takiej możliwości. Kiedy zobaczyłam po przyjeździe z zielonej szkoły, że moja waga pokazuje niecałe trzydzieści sześć kilo, przestraszyłam się. Pamiętam, że zjadłam wtedy w desperacji dwie miski kaszy z daktylami i uspokoiło mnie to trochę.
Walczyłam o to, aby pozbyć się wyrzutów sumienia po posiłkach, nie przejmować się ciągle kaloriami i makroskładnikami, pozwolić sobie czasem na coś niezdrowego. Jednak nie mogłam. Panicznie bałam się przytyć. Wiedziałam, że wyglądam fatalnie, jednak... zabrzmi to głupio, ale podobało mi się to. Czułam się... wyjątkowa. Wyjątkowa i silna. Dopiero teraz widzę, że wcale nie byłam wyjątkowa, bo na świecie jest milion osób, które myślą bądź myślały tak samo, ale wówczas nie dochodziło to do mnie.
W końcu zaczęłam jeść trochę więcej, na tyle dużo, że już nie chudłam, ale też nie tyłam. Bo dalej oczywiście ważyłam się kilka razy dziennie. Nie zrezygnowałam też z morderczych treningów, ani z nałogowego przeliczania makroskładników. Pomyślałam, że skoro muszę przytyć, to przynajmniej będę dobra w czymś innym: w zdrowym odżywianiu i ćwiczeniach. Nachodziła mnie jeszcze nieraz ochota, aby schudnąć... tak do trzydziestu czterech kilo. Wtedy byłoby idealnie. Ale rodzice mnie kontrolowali z wagą, bo oczywiście bardzo się o mnie martwili. Wyniki badań hormonów tarczycy wychodziły mi fatalne. Endokrynolog mówiła, że moja tarczyca sama siebie zjada, straszyła, że jeśli się nie ogarnę, to w przyszłości będę bezpłodna. Kiedy to nie zadziałało powiedziała coś, co mnie – przyznaję – przestraszyło. A mianowicie, że kiedy organizm nie ma energii, pobiera ją między innymi z mózgu... Zjada swoje organy, w tym mózg, przez co spada poziom inteligencji. Jednak, koniec końców, nie nakłoniło mnie to do przytycia. I chyba nic nigdy by mnie nie do tego przekonało, ba, może znowu obcięłabym kalorie, gdyby nie wrzesień 2016.
Ale o tym opowiem w kolejnym poście. 

~Hoppas~



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz