Kolejny raz się poddaję. Leżę bez ruchu opatulona
grubą kołdrą, mimo tego że na zewnątrz jest upał – ponad trzydzieści stopni.
Która jest godzina? Nie mam pojęcia, całkiem już straciłam poczucie czasu. Nie
mogę spać, choć wiem, że tego potrzebuję – tak bardzo chciałabym przestać czuć,
rozpłynąć się, zniknąć. Rany po dzisiejszym cięciu się przyjemnie pieką. Lubię
to uczucie, ten ból. Na to właśnie zasługuję! Na nic więcej.
Moje życie to porażka. Zniszczyłam w sobie wszystko,
co piękne i wartościowe. Stoczyłam się na samo dno. Wiem, że z każdej sytuacji
jest wyjście, więc również i z tej, ale... po co mam cokolwiek z sobą robić?
Moje życie nie ma przecież najmniejszego znaczenia; ranię tylko siebie i
wszystkich wokół. Jestem nieobliczalna. Sama nie wiem, czego mogę się po sobie
spodziewać – rzucenia szkoły, kradzieży, pobicia kogoś? Nie potrafię sobie ufać.
Samobójstwo.
To słowo... brzmi jak wybawienie.
Nie będę musiała już dłużej się męczyć, walczyć ze
sobą każdego dnia, udawać, że wszystko jest w porządku, skoro wiem, że nie
jest.
Będzie tylko spokój... cisza... nicość.
Boję się, że kiedyś to zrobię, jeżeli nie pozwolę
sobie pomóc. Ale... czy to źle? Czy chęć pozbycia się cierpienia jest zła?
Mam mętlik w głowie.
~Hoppas~

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz