Problemy z odżywianiem mam od lat. Odkąd tylko pamiętam, wszyscy mi mówią: „Czemu ty tak wolno jesz? Każdy normalny człowiek zje posiłek w 5 minut, a Tobie zajmuje to godziny! Zacznij wreszcie jeść! Jedz, bo przez Ciebie wszyscy się denerwują!”. Jest to już coś, co towarzyszy mi codziennie przy większości posiłków i trzeba przyznać – z sekundy na sekundę jest to coraz bardziej irytujące. Ogółem powtarzanie czegoś co pięć sekund jest irytujące i nie ma się co dziwić, że ludzie dostają przy tym białej gorączki.
Jednak dzisiaj chciałabym się przede wszystkim skupić na temacie mojej wagi oraz niechęci do jedzenia.
W ciągu, bodajże, dwóch, lub trzech lat schudłam około 6/7 kilo. Wydaje się to mało, ale dla mnie była to dosyć duża różnica. Przeszłam z wagi, która była odpowiednia do mojego wzrostu (59/60kg) na wagę, która świadczy o niedowadze (53kg). Tak było przynajmniej miesiąc temu, co do teraz nie mam pewności. Kontynuując, jak można się domyślić, moje ciało uległo dość znacznej zmianie – kości stały się bardziej widoczne, moja tkanka tłuszczowa zmniejszyła się, przez co wizualnie zrobiłam się trochę mniejsza. Do tej zmiany doszło dzięki wyżej opisanym problemom z odżywianiem. Nie planowałam chudnąć. Żyłam, jak codziennie – jadłam tyle, ile chciałam, choć czasem więcej, gdy byłam u Dziadków, ale nie były to i tak największe na świecie porcje, nie przejmowałam się wagą. Wiedziałam, że spada - raz było 59kg, po jakimś czasie (chyba styczeń poprzedniego roku) 55kg, miesiąc temu 53kg.. Ciągle szło w dół.
Pamiętam kilka dni, gdy widziałam, że jest coś nie tak: Święta Wielkanocne, w które nie potrafiłam nic włożyć do ust przez parę godzin, wycieczka do Warszawy, gdy cały dzień przetrwałam na płatkach i małej kanapce oraz dzień, w którym zjadłam tylko bułkę i makaron z truskawkami. Czułam, że to może nie skończyć się dobrze, ale i tak nie mogłam zjeść nic więcej.
W pewnym momencie, kilka miesięcy temu, zaczęłam mimo wszystko akceptować siebie – patrzyłam na swą sylwetkę oraz twarz i myślałam: „Kurde, nie wyglądam aż tak źle.. Nawet całkiem spoko!”. Niestety powoli obraz w mojej głowie zaczął się dziwnie przekształcać. Czasem, gdy patrzę na siebie, mam wrażenie, że jestem o połowę szersza, co wygląda tak, jakbym była gruba, a to nie do końca mnie zadowala. Moja niechęć zmiany nagle została uderzona przez niepokój i zaczęła się wahać. Czy jest do tego nastawiona prawidłowo, czy też nie?
Wtedy wszystko zaczęło się gmatwać.
Postanowiłam, że będę jeść mniej. Nawet nie ze względu na tę chwilę zawahania, a bardziej ze względu na depresję. Wydarzenia, myśli i uczucia towarzyszące mi na co dzień powoli pchały (a właściwie wciąż to robią) ku ostatecznemu, bardzo trudnemu wyborowi – albo pójdę do lekarza po pomoc, albo wezmę sprawę w swoje ręce i sama pozbędę się problemu. Zaczęłam wcielać w życie plan drugi, co oczywiście było mega nieodpowiedzialne.
Jak już wspomniałam – zmniejszałam posiłki. Postanowiłam zrezygnować z śniadania, jeść ogólnie mniej i w najgorszym wypadku zacząć chować jedzenie, a potem je jakoś cichaczem wyrzucać tak, że nikt by nie zauważył. Jednakże ze śniadaniem, niestety, udało się tylko przez dwa dni, dlatego, że Mama się zorientowała i dała mi ultimatum, na które postanowiłam przystać. W zamian zaczęłam nalewać mało mleka i dawać odrobinę płatków, więc w pewnym stopniu dalej stawiałam na swoje. Obiady i kolacje wyglądały niewiele inaczej, jak wcześniej – musiałam jeść, by nie mieć większych problemów z rodziną. Poza tym, Mama pilnowała, bym jadła to „minimum”, więc co najwyżej czasem część zostawiałam.
Moim celem było ulżenie im - wszystkim wokół, którzy mieli ze mną kontakt, musieli znosić mą obecność, ciągle gadanie i głupie zachowania. Chciałam ukarać się za to wszystko, co zrobiłam, czemu byłam winna, powoli się zabić, by był już spokój. Nikt nie musiałby mówić co sekundę „Jedz!”, ani wydawać kasę, by wyżywić jedną, nieznośną jednostkę. Byłby po prostu spokój. Chwilę by pobolało, ale po jakimś czasie wszystko wróciłoby do normy. Nie byłoby tekstów typu: „Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim..”, bo nie byłoby za czym tęsknić. Gówniarz siedzący przed tabletem dniami i nocami.. Pff...
Jednak teraz sprawy się powikłały jeszcze bardziej. Wydarzenia z tego tygodnia sprawiły, że chce mi się jeszcze mniej żyć i, by nie stracić kogoś, jestem zmuszona odnaleźć chęć życia i jedzenia. Wczorajszy dzień był udany, jeśli chodzi oczywiście o to. Jednak, co przyniosą następne? Czy wszystko na pewno się uda..?
~Impuremind~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samobójstwo. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 czerwca 2017
czwartek, 22 czerwca 2017
Autoagresja 1/3
Pamiętam dobrze pierwszy raz, kiedy sięgnęłam po
żyletkę, aby sobie ulżyć.
Pokłóciłam się wtedy ostro z rodzicami, ale nie sama
kłótnia sprawiła, że zdecydowałam się na taki krok. W tamtym okresie nasiliła
się moja nerwica lękowa (z którą na szczęście teraz mam spokój). Nie byłam
przez kilka dni w stanie wyjść z domu, przez co właśnie wybuchła tamta kłótnia.
Poczułam się niezrozumiana i zlekceważona przez rodziców. Wówczas naszła mnie
ogromna ochota, żeby sprawić sobie ból, jeszcze bardziej się poniżyć,
więc wyrwałam żyletkę ze zniszczonej maszynki do golenia i zadałam nią sobie moje
pierwsze w życiu cięcie; nie myślałam racjonalnie, to to był impuls. Z
perspektywy czasu widzę, że nie postąpiłam zbyt mądrze. Dlaczego? Przecież to to
miał być tylko ten jeden raz...
Bo samookaleczanie uzależnia. Widok krwi, ran i
blizn sprawia, że na krótką chwilę potrafię stłumić swój żal do świata i
obrzydzenie do samej siebie. Oprócz tego wycisza. Koi nerwy, wewnętrzny ból,
wstyd, rozpacz. A czasem, kiedy nie ma już żadnych emocji, tylko pustka i
obojętność, pozwala cokolwiek poczuć.
Boję się, że kiedyś się zabiję. Przez podcięcie żył.
Zrobiłam już przecież jakiś krok w tę stronę, bo czym innym jest cięcie się,
jak nie balansowaniem pomiędzy życiem a śmiercią? Wystarczy przecież tylko
trochę mocniej przycisnąć żyletkę do skóry i...
wtorek, 20 czerwca 2017
Kiedy demon przejmie władzę...
Ból. Czuję ból. I strach.
Strach przed wszystkim wokół.
Strach przed przyszłością, otoczeniem oraz tym, co jest w mojej głowie.
Boję się o przyszłość, o studia, o pracę, przyszłą rodzinę.
Że nie dostanę się na studia, szczególnie na widok osób, które też będą chciały iść na te same – dużo bardziej inteligentne, potrafiące związać koniec z końcem, potrafiące używać rozumu i wykorzystywać go na co dzień.
Boję się, że nawet jeśli się dostanę, nie podołam z nauką, a nawet jeśli się uda to nie znajdę pracy jako psycholog, bo nie radzę sobie sama z sobą, ani tym bardziej z pomocą innym.
Boję się, że moja empatia nie istnieje.
Że moja czułość, moja osobowość.. wszystko jest zmyślone, jestem kimś, kogo nie znam i nigdy nie poznam.
Poczucie bezwartościowości przejmuje mój umysł i ciało.
Płaczę. Nie mogę powstrzymać łez.
Przez ciąg przyczynowo skutkowy doszłam do jednego wniosku.
Skoro mnie nie ma, ktoś inny włada mym umysłem i nie mam żadnej kontroli..
Czy jedynym sensownym rozwiązaniem nie jest samobójstwo?
Nie chcę kisić się w czymś, co nie da mi możliwości wyboru.
Po chwili oddechu zastanawiałam się, czy nie pogadać z Mamą, ale od razu nastał czarny obraz.
„Ona Cię wyśmieje. Zacznie Ci mówić, że to nie jest prawda, że to tylko wymysł Tego mózgu. Że jesteś jeszcze młoda i głupiutka, i wydaje Ci się, że to tylko kilka złych dni, a nie od razu depresja. Najwyżej każe Ci iść do psychologa, byś zobaczyła, że to kłamstwo.”
(Mimo, że moja Mama nie należy do typu osób, które podchodzą tak do sprawy, wtedy wydało się to niezwykle przekonujące.)
Od płaczu bolą mnie już oczy.
Piszę do przyjaciółki o radę, czy pogadać z nią, czy nie.
Odpowiada tak.
Ale ja się nadal boję.
A strach wciąż nie mija..
~Impuremind~
Strach przed wszystkim wokół.
Strach przed przyszłością, otoczeniem oraz tym, co jest w mojej głowie.
Boję się o przyszłość, o studia, o pracę, przyszłą rodzinę.
Że nie dostanę się na studia, szczególnie na widok osób, które też będą chciały iść na te same – dużo bardziej inteligentne, potrafiące związać koniec z końcem, potrafiące używać rozumu i wykorzystywać go na co dzień.
Boję się, że nawet jeśli się dostanę, nie podołam z nauką, a nawet jeśli się uda to nie znajdę pracy jako psycholog, bo nie radzę sobie sama z sobą, ani tym bardziej z pomocą innym.
Boję się, że moja empatia nie istnieje.
Że moja czułość, moja osobowość.. wszystko jest zmyślone, jestem kimś, kogo nie znam i nigdy nie poznam.
Poczucie bezwartościowości przejmuje mój umysł i ciało.
Płaczę. Nie mogę powstrzymać łez.
Przez ciąg przyczynowo skutkowy doszłam do jednego wniosku.
Skoro mnie nie ma, ktoś inny włada mym umysłem i nie mam żadnej kontroli..
Czy jedynym sensownym rozwiązaniem nie jest samobójstwo?
Nie chcę kisić się w czymś, co nie da mi możliwości wyboru.
Po chwili oddechu zastanawiałam się, czy nie pogadać z Mamą, ale od razu nastał czarny obraz.
„Ona Cię wyśmieje. Zacznie Ci mówić, że to nie jest prawda, że to tylko wymysł Tego mózgu. Że jesteś jeszcze młoda i głupiutka, i wydaje Ci się, że to tylko kilka złych dni, a nie od razu depresja. Najwyżej każe Ci iść do psychologa, byś zobaczyła, że to kłamstwo.”
(Mimo, że moja Mama nie należy do typu osób, które podchodzą tak do sprawy, wtedy wydało się to niezwykle przekonujące.)
Od płaczu bolą mnie już oczy.
Piszę do przyjaciółki o radę, czy pogadać z nią, czy nie.
Odpowiada tak.
Ale ja się nadal boję.
A strach wciąż nie mija..
~Impuremind~
Subskrybuj:
Posty (Atom)

