Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akceptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akceptacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lipca 2017

Nie wezmę się w garść

„Nie użalaj się tak nad sobą”
„Inni mają gorzej”
„Jesteś zwykłym leniem, który tylko chce się usprawiedliwić”
„Po prostu weź się w garść”
Chyba każdy, kto chorował bądź choruje na depresję, spotkał się z takimi komentarzami skierowanymi w swoją stronę. Osoby zdrowe nie rozumieją nas, chorych, i szczerze powiedziawszy, tym lepiej dla nich. Nikomu nie życzę natrętnych samobójczych myśli, ciągłego poczucia własnej bezwartościowości i godzin przeleżanych w łóżku, podczas gdy twoi znajomi spędzają miło czas na zewnątrz. Bardzo krzywdzące są jednak przekonania niektórych ludzi, którzy sądzą, że depresja to zwykłe lenistwo czy wymysł dzisiejszych czasów. Nic bardziej mylnego; depresja to poważna choroba, która polega na nieprawidłowym funkcjonowaniu neuroprzekaźników w mózgu – nie jest to stan bezpośrednio zależny od osoby chorej.
Moi rodzice wiele razy zarzucali mi wygodnictwo (według nich depresja jest tylko usprawiedliwieniem dla mojego rzekomego lenistwa) i wszczynali awantury, kiedy widzieli, że kolejny dzień leżę w łóżku, płacząc (w ich rozumieniu – użalając się nad sobą). Miałam przez to ogromne wyrzuty sumienia. Próbowałam zebrać się w sobie, myśleć pozytywnie, uśmiechać się jak kiedyś. Nie byłam jednak w stanie udawać na dłuższą metę. Wypieranie ze świadomości tego, że mam poważny problem, wpędziło mnie w jeszcze większą frustrację i zmęczenie życiem, co jedynie pogłębiło moją depresję.
Dlatego właśnie teraz, kiedy mam jeden z cięższych epizodów, odpowiadam wprost na zarzuty rodziny: nie, nie wezmę się garść. Nie wstanę z łóżka, nie ubiorę się. Nie zrobię zakupów. Nie odwiedzę babci. Nie teraz. Przepraszam, ale nie jestem w stanie – to dla mnie zbyt duży wysiłek w tym momencie. Jednak trzeba wiedzieć, że to tylko stan przejściowy, bo depresja jest jak fala – wraca i odchodzi, po każdym ciężkim epizodzie nadchodzą dni, kiedy znów potrafimy funkcjonować normalnie.
Dlatego odpoczywam. Czuję, że mam do tego prawo. Odpuszczam sobie; wiem, że nie powinnam nic robić na siłę. Powtarzam sobie przez cały czas w myślach: „Wytrzymaj jeszcze tą jedną sekundę, a będzie lepiej”. Czasem coś się we mnie buntuje; jakiś wewnętrzny głos próbuje mi wmówić, że moje obecne cierpienie nie jest warte późniejszego szczęścia i jedynym wyjściem jest samobójstwo. Cóż. Tak, jak nauczyłam się na terapii – staram się chłodno, rzeczowo przyjrzeć tym myślom, nie oceniać ich. Pozwolić sobie na nie. Zaakceptować. 

~Hoppas~


czwartek, 29 czerwca 2017

Kiełkująca nadzieja

Siedziałam na balkonie. Była późna czerwcowa noc. Patrzyłam na śpiące miasto; w niektórych domach paliły się jednak jeszcze światła. Obserwowałam sylwetki ludzi widniejące w oknach sąsiedniego bloku. Jedni, rozłożeni wygodnie na kanapie, oglądali telewizję, drudzy pracowali przy komputerze, inni po prostu ze sobą rozmawiali – być może opowiadali sobie nawzajem, jak minął im kolejny dzień ich życia.
Wiele już razy zdarzało mi się podglądać ludzi w ten sposób. Lubię ich obserwować, zastanawiać się jakie są ich marzenia, ambicje, jaka jest ich historia. Inspiruję się innymi. Szukam recepty na to, jak żyć – jeżeli w ogóle jest po co.
W tamtą noc – kiedy siedziałam już dłuższą chwilę bez ruchu i wgapiałam się w okna sąsiedniego bloku – nagle ogarnął mnie jakiś niezwykły, głęboki spokój. W tamtym momencie, przez jedną krótką chwilę, poczułam niesamowitą jedność ze wszystkimi ludźmi, nie tylko z tymi, na których wtedy patrzyłam oraz cichą nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Było to uczucie, zupełnie, jak gdyby uśmiechnął się do mnie sam Bóg. Pomyślałam, że istnieje może jakieś dobro, piękno i artyzm na świecie, w którym do tej pory widziałam tylko obłudę, podłość i nieczułość. Przypomniałam sobie wszystkie piękne chwile, które mnie spotkały  – błogie dzieciństwo, kiedy bolało tylko odrapane kolano, a największym problemem było to, z którą koleżanką usiądę w ławce. Długie spacery z przyjaciółką za czasów gimnazjum. Wspólne przygotowywanie niedzielnych obiadów z tatą. Zarwane noce spędzone na czytaniu dziewiętnastowiecznych powieści. Wreszcie własne tworzenie „do szuflady”, pisanie krótkich wierszy i dłuższych opowiadań.
I ja chcę tego wszystkiego się pozbyć?
Na kilka chwil zniknęły moje wyrzuty i żal do świata. Bo przecież – sama jestem jego częścią. Choć niekiedy o tym zapominam.
Niestety było to bardzo ulotne doświadczenie. Po kilku sekundach wszystko wróciło do normy, głęboki smutek i czarne myśli; wszystko, co od dawna jest moją codziennością. Ale... coś w tej ciemności jednak zostało – jakieś nieśmiałe pragnienie życia i kiełkująca nadzieja.
Dla takich momentów, jak tamten warto żyć... bo powoli wychodzę z mroku – głęboko to czuję. Cofam się i upadam, ale później wstaję i uparcie idę naprzód. Wierzę, że kiedyś wyjdę z depresji, dlatego nie poddaję się myślom samobójczym – mówię sobie, że są one tylko objawem mojej choroby; wcale nie muszę się ich słuchać. Bo mam po co żyć – dla takich momentów, pełnych głębokiej akceptacji do wszystkiego, co mnie otacza, dla spokoju w duszy i cichej radości – po tygodniach rozpaczy, samobójczych myśli i znaczenia skóry kolejnymi ranami, takie chwile to prawdziwe szczęście. 

~Hoppas~