czwartek, 29 czerwca 2017

Kiełkująca nadzieja

Siedziałam na balkonie. Była późna czerwcowa noc. Patrzyłam na śpiące miasto; w niektórych domach paliły się jednak jeszcze światła. Obserwowałam sylwetki ludzi widniejące w oknach sąsiedniego bloku. Jedni, rozłożeni wygodnie na kanapie, oglądali telewizję, drudzy pracowali przy komputerze, inni po prostu ze sobą rozmawiali – być może opowiadali sobie nawzajem, jak minął im kolejny dzień ich życia.
Wiele już razy zdarzało mi się podglądać ludzi w ten sposób. Lubię ich obserwować, zastanawiać się jakie są ich marzenia, ambicje, jaka jest ich historia. Inspiruję się innymi. Szukam recepty na to, jak żyć – jeżeli w ogóle jest po co.
W tamtą noc – kiedy siedziałam już dłuższą chwilę bez ruchu i wgapiałam się w okna sąsiedniego bloku – nagle ogarnął mnie jakiś niezwykły, głęboki spokój. W tamtym momencie, przez jedną krótką chwilę, poczułam niesamowitą jedność ze wszystkimi ludźmi, nie tylko z tymi, na których wtedy patrzyłam oraz cichą nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Było to uczucie, zupełnie, jak gdyby uśmiechnął się do mnie sam Bóg. Pomyślałam, że istnieje może jakieś dobro, piękno i artyzm na świecie, w którym do tej pory widziałam tylko obłudę, podłość i nieczułość. Przypomniałam sobie wszystkie piękne chwile, które mnie spotkały  – błogie dzieciństwo, kiedy bolało tylko odrapane kolano, a największym problemem było to, z którą koleżanką usiądę w ławce. Długie spacery z przyjaciółką za czasów gimnazjum. Wspólne przygotowywanie niedzielnych obiadów z tatą. Zarwane noce spędzone na czytaniu dziewiętnastowiecznych powieści. Wreszcie własne tworzenie „do szuflady”, pisanie krótkich wierszy i dłuższych opowiadań.
I ja chcę tego wszystkiego się pozbyć?
Na kilka chwil zniknęły moje wyrzuty i żal do świata. Bo przecież – sama jestem jego częścią. Choć niekiedy o tym zapominam.
Niestety było to bardzo ulotne doświadczenie. Po kilku sekundach wszystko wróciło do normy, głęboki smutek i czarne myśli; wszystko, co od dawna jest moją codziennością. Ale... coś w tej ciemności jednak zostało – jakieś nieśmiałe pragnienie życia i kiełkująca nadzieja.
Dla takich momentów, jak tamten warto żyć... bo powoli wychodzę z mroku – głęboko to czuję. Cofam się i upadam, ale później wstaję i uparcie idę naprzód. Wierzę, że kiedyś wyjdę z depresji, dlatego nie poddaję się myślom samobójczym – mówię sobie, że są one tylko objawem mojej choroby; wcale nie muszę się ich słuchać. Bo mam po co żyć – dla takich momentów, pełnych głębokiej akceptacji do wszystkiego, co mnie otacza, dla spokoju w duszy i cichej radości – po tygodniach rozpaczy, samobójczych myśli i znaczenia skóry kolejnymi ranami, takie chwile to prawdziwe szczęście. 

~Hoppas~



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz