"Wszystko będzie dobrze"
"Jutro będziesz czuć się lepiej"
"Masz zły nastrój? Zjedz czekoladę, lub weź leki"
"Przecież leki działają! Dlaczego czujesz się źle?!"
A no tak, bo choroba zmieniająca nasz mózg w pewnym momencie zniknie raz na zawsze i nigdy nie wróci.
NIE.
Ona będzie ze mną zawsze.
To, że gorszy epizod minął, nie oznacza, że już nigdy nie powróci i znów wszystkiego nie popsuje.
Ona czeka.
Ona czeka na chwilę słabości.
Chwilę, gdy Twój organizm otworzy swe drzwi i da jej wejść.
Kiedy akurat coś, lub ktoś Cię zrani.
Kiedy akurat przeglądasz jakąś stronkę i zobaczysz zdjęcie chudej dziewczyny z wystającymi kośćmi, i pomyślisz: "Kurde, też tak chcę".
Kiedy akurat ktoś obdarzy Cię krzywym spojrzeniem.
Wtedy furtka się otwiera, zaprasza dawne demony do środka.
Ale one tak szybko nie odejdą, skoro już wiedzą, jak się bronisz.
Już nie będzie tak łatwo.
Jednak w pewnym momencie odejdą.
Znów.
Znów dadzą poczuć się pewnie, podnieść się.
Pozwolą ci odrestaurować siły.
A następnie znów wrócą.
I będzie jeszcze gorzej.
~Impuremind~
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre chwile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobre chwile. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 października 2017
sobota, 23 września 2017
Jak poprawić sobie humor?
W naszym życiu wielokrotnie wpadamy w wszelakie doły, załamania, które przyprawiają nas o nienajlepsze myśli. Jednak, kiedy chcemy poczuć się lepiej, np. ze względu na jakieś spotkanie, czyjeś towarzystwo, bądź, by mieć motywacje do działania, często nie mamy pojęcia, co ze sobą zrobić. Dziś chciałabym podrzucić Wam kilka ciekawych sposobów, aby przywrócić się do życia! :)
1. ZJEDZ COŚ SŁODKIEGO - najlepiej czekoladę! Powoduje ona wydzielanie endorfin poprawiających nastrój i łagodzących ból, więc jest idealnym pomocnikiem w takowej sytuacji!
2. POSŁUCHAJ ULUBIONEJ MUZYKI - jest ona pomocnikiem w każdej sytuacji. Ja osobiście nie mam konkretnego typu muzyki, jaki mi poprawia humor - te piosenki ciągle się zmieniają!
3. OBEJRZYJ FILM/SERIAL - wciągnięcie się w jakąś historię z kompletnie innej beczki może bardzo odciągnąć Cię od problemu! Popytaj przyjaciół, znajomych, lub poszukaj w internecie różnych ciekawych tytułów, a na pewno znajdziesz coś, co Cię zainteresuje!
4. POCZYTAJ - nie każdy jest miłośnikiem książek, ale, tak samo jak poprzedni wariat, jest równie pomocny!
5. SPISZ SWOJE MYŚLI - nawet nie wiesz, jak to potrafi ulżyć na sercu. Zapisz wszystko, co czujesz, co Cię dręczy. Pozwól, aby emocje wyszły z Ciebie za pomocą pisadła/palca i pozostały na kartce/telefonie. Możesz tak przy okazji pozostawić sobie pamiątkę na następne lata!
6. WYJDŹ NA SPACER - wyjście z domu, zażycie świeżego powietrza i przechadzka to bardziej aktywny i zdrowszy sposób na przemyślenie danej sprawy. Długi spacer po parku, bądź mieście, lub przycupnięcie na chwilę na ławce to dobry sposób na spędzenie wolnego czasu!
7. ZAJMIJ SIĘ CZYMŚ, CO SPRAWIA CI RADOŚĆ - zastanów się nad tym, jaka czynność wywołuje w Tobie szczęście i zajmij się tym. Może to być granie na komputerze, pisanie wierszy, zabawa ze zwierzakiem, lub szukanie ubrań w internecie - wszystko zależy tylko i wyłącznie od Ciebie!
8. POROZMAWIAJ/SPOTKAJ SIĘ Z KIMŚ BLISKIM - na koniec coś, co mi pomaga najbardziej. Nic nie stawia mnie na nogi szybciej, niż informacja, że mam się z kimś spotkać. Myśl, że po długim okresie samotności będę mogła z kimś pogadać choćby przez telefon wywołuje u mnie euforię. Często przybywam na takie spotkanie z ponurą miną, brakiem chęci życia, a wracam z niego uśmiechnięta i zmotywowana do działania!
~Impuremind~
1. ZJEDZ COŚ SŁODKIEGO - najlepiej czekoladę! Powoduje ona wydzielanie endorfin poprawiających nastrój i łagodzących ból, więc jest idealnym pomocnikiem w takowej sytuacji!
2. POSŁUCHAJ ULUBIONEJ MUZYKI - jest ona pomocnikiem w każdej sytuacji. Ja osobiście nie mam konkretnego typu muzyki, jaki mi poprawia humor - te piosenki ciągle się zmieniają!
3. OBEJRZYJ FILM/SERIAL - wciągnięcie się w jakąś historię z kompletnie innej beczki może bardzo odciągnąć Cię od problemu! Popytaj przyjaciół, znajomych, lub poszukaj w internecie różnych ciekawych tytułów, a na pewno znajdziesz coś, co Cię zainteresuje!
4. POCZYTAJ - nie każdy jest miłośnikiem książek, ale, tak samo jak poprzedni wariat, jest równie pomocny!
5. SPISZ SWOJE MYŚLI - nawet nie wiesz, jak to potrafi ulżyć na sercu. Zapisz wszystko, co czujesz, co Cię dręczy. Pozwól, aby emocje wyszły z Ciebie za pomocą pisadła/palca i pozostały na kartce/telefonie. Możesz tak przy okazji pozostawić sobie pamiątkę na następne lata!
6. WYJDŹ NA SPACER - wyjście z domu, zażycie świeżego powietrza i przechadzka to bardziej aktywny i zdrowszy sposób na przemyślenie danej sprawy. Długi spacer po parku, bądź mieście, lub przycupnięcie na chwilę na ławce to dobry sposób na spędzenie wolnego czasu!
7. ZAJMIJ SIĘ CZYMŚ, CO SPRAWIA CI RADOŚĆ - zastanów się nad tym, jaka czynność wywołuje w Tobie szczęście i zajmij się tym. Może to być granie na komputerze, pisanie wierszy, zabawa ze zwierzakiem, lub szukanie ubrań w internecie - wszystko zależy tylko i wyłącznie od Ciebie!
8. POROZMAWIAJ/SPOTKAJ SIĘ Z KIMŚ BLISKIM - na koniec coś, co mi pomaga najbardziej. Nic nie stawia mnie na nogi szybciej, niż informacja, że mam się z kimś spotkać. Myśl, że po długim okresie samotności będę mogła z kimś pogadać choćby przez telefon wywołuje u mnie euforię. Często przybywam na takie spotkanie z ponurą miną, brakiem chęci życia, a wracam z niego uśmiechnięta i zmotywowana do działania!
~Impuremind~
czwartek, 17 sierpnia 2017
Może
Bardzo często zastanawiam się, jak będzie wyglądało moje życie w przyszłości.
Może dostanę się na wymarzone studia.
A może nie.
Może zyskam wspaniałych przyjaciół, o takich samych pasjach i zwyczajach.
A może nie.
Może się zakocham.
I może ktoś zakocha się we mnie.
A może nie.
Może moje marzenia się spełnią, i będę mogła robić w życiu to, co chcę.
A może nie.
Może osiągnę to, na czym zależy mi najbardziej.
A może nie.
Może będę szczęśliwa.
A może nie.
Ale tylko "może", to za mało, by żyć.
~Dromme
Może dostanę się na wymarzone studia.
A może nie.
Może zyskam wspaniałych przyjaciół, o takich samych pasjach i zwyczajach.
A może nie.
Może się zakocham.
I może ktoś zakocha się we mnie.
A może nie.
Może moje marzenia się spełnią, i będę mogła robić w życiu to, co chcę.
A może nie.
Może osiągnę to, na czym zależy mi najbardziej.
A może nie.
Może będę szczęśliwa.
A może nie.
Ale tylko "może", to za mało, by żyć.
~Dromme
środa, 26 lipca 2017
Nadzieja matką głupich..?
17 lat temu mały pesymista przyszedł na świat. Z początku wydał mu się piękny, niesamowity. Do czasu, gdy nie poszedł po raz pierwszy do szkoły. Tam doświadczył pierwszych smutków i rozczarowań. Nikt nie chciał z nim rozmawiać, wszyscy patrzyli na niego dziwnie, śmiali się z niego. Pesymiście było przykro, ale starał się egzystować dalej w nadziei, że wszystko będzie dobrze. I w sumie było. Znalazł kilku przyjaciół, z którymi spędzał czas na korytarzu, ale z większością po ukończeniu danej szkoły tracił kontakt. Niewielu zostawało na dłużej. Pod koniec podstawówki stał się prawdziwym pesymistą. Został taki po dziś. W gimnazjum zachorował, ale nieświadom wszystkiego, dalej miał nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Czasem było lepiej, czasem gorzej. On wciąż miał, ma i będzie mieć nadzieję.
Tym pesymistą jestem ja – Impuremind.
Nie oczekuję teraz życzeń. Błagam, to byłoby żałosne. Chciałabym tylko, byście mnie wysłuchali. Mam na myśli, byście poznali moje podejście do świata po tylu latach. A więc zacznijmy od początku.
Nikt mnie nie pytał, czy chcę się urodzić. Tak samo, jak Was wszystkich. Jednak, mimo to, gdyby ktoś mnie o to spytał, zgodziłabym się. Dlaczego? Lubię wyzwania. Mimo, że zdarza mi się myśleć o poddaniu się, dalej dążę do celu. Jakoś tak mam, że, mimo bólu i niechęci, staram się wykonać dane mi zadanie.
Nadzieja towarzyszy mi od zawsze. Cokolwiek by się nie działo, do jakiego szczebla by to nie doszło, ona zawsze była. Czy to problemy w szkole, rodzinie, czy też jakakolwiek sytuacja. Zawsze starałam się myśleć, że dam radę, mimo, że nie zawsze się udawało.
Nadzieja matką głupich. Poniekąd tak, poniekąd nie. Często nadzieja jest złudna, coś nie wychodzi, mimo, że się tego pragnie, co potwierdza tę tezę, z drugiej strony, niektórzy dzięki niej żyją. Ja dzięki niej żyję.
Niektórzy mówią, że nie mają już nadziei. Stracili ją z powodu jakiegoś wydarzenia, przestali wierzyć w lepsze jutro. Osobiście nie potrafię sobie tego wyobrazić. Staram się, ale to na nic. Tak sobie myślę.. może wkrótce czeka to i mnie?
~Impuremind~
Tym pesymistą jestem ja – Impuremind.
Nie oczekuję teraz życzeń. Błagam, to byłoby żałosne. Chciałabym tylko, byście mnie wysłuchali. Mam na myśli, byście poznali moje podejście do świata po tylu latach. A więc zacznijmy od początku.
Nikt mnie nie pytał, czy chcę się urodzić. Tak samo, jak Was wszystkich. Jednak, mimo to, gdyby ktoś mnie o to spytał, zgodziłabym się. Dlaczego? Lubię wyzwania. Mimo, że zdarza mi się myśleć o poddaniu się, dalej dążę do celu. Jakoś tak mam, że, mimo bólu i niechęci, staram się wykonać dane mi zadanie.
Nadzieja towarzyszy mi od zawsze. Cokolwiek by się nie działo, do jakiego szczebla by to nie doszło, ona zawsze była. Czy to problemy w szkole, rodzinie, czy też jakakolwiek sytuacja. Zawsze starałam się myśleć, że dam radę, mimo, że nie zawsze się udawało.
Nadzieja matką głupich. Poniekąd tak, poniekąd nie. Często nadzieja jest złudna, coś nie wychodzi, mimo, że się tego pragnie, co potwierdza tę tezę, z drugiej strony, niektórzy dzięki niej żyją. Ja dzięki niej żyję.
Niektórzy mówią, że nie mają już nadziei. Stracili ją z powodu jakiegoś wydarzenia, przestali wierzyć w lepsze jutro. Osobiście nie potrafię sobie tego wyobrazić. Staram się, ale to na nic. Tak sobie myślę.. może wkrótce czeka to i mnie?
~Impuremind~
środa, 19 lipca 2017
Znów się zaczęło...
Ostatnio wszystko się komplikuje. Następuje autoregeneracja, więc powinno być dobrze. Ale nie jest. Z jednej strony depresja schodzi na drugi plan, niby jest, niby jej nie ma. Od jakiegoś czasu nie mam załamań i stanów depresyjnych. Jest poniekąd dobrze. Z drugiej strony, jednak, moje zaburzenia odżywiania przejęły funkcję największego problemu.
Wszystko zaczęło się w zeszły poniedziałek, lub wtorek, gdy nagle straciłam chęci do jedzenia, całkowite. Włączyłam rejestrator w telefonie i nagrałam wszystko, co mi doskwierało w tamtej chwili. Powiedziałam, że zauważyłam przyrost wagi, który wywołał we mnie niepokój i dyskomfort. Nie podobało mi się, że przytyłam. Czułam się gruba i brzydka. Chciałam natychmiast skończyć jeść, a przynajmniej zmniejszyć dawkę.
Jednak.. po paru dniach nastąpił obrót o 180 stopni. Zaczęłam jeść ile wlezie. Czasem po zjedzeniu całego obiadu potrafiłam wziąć jeszcze jakieś ciastka, chrupki, czy coś innego do jedzenia. Potrafiłam tak cały dzień. Codziennie. Parę dni temu nawet doszłam do momentu, gdy chciałam zacząć się zdrowo odżywiać (tego typu posiłki wtedy miałam).
Wtem nastąpił wczorajszy wieczór. Chciałam iść standardowo po coś do jedzenia, ale zablokowały mnie myśli. Mimo, że wciąż mega chciałam to zrobić, zdecydowałam, że należy to skończyć. Koniec z ciągłym wpi**dalaniem, koniec z dużymi porcjami i tuczącymi rzeczami (jak już to raz na jakiś czas). Nastąpił czas „chcę schudnąć” i „im mniej kalorii tym lepiej”. Wszystko, byle nie być GRUBĄ.
~Impuremind~
Wszystko zaczęło się w zeszły poniedziałek, lub wtorek, gdy nagle straciłam chęci do jedzenia, całkowite. Włączyłam rejestrator w telefonie i nagrałam wszystko, co mi doskwierało w tamtej chwili. Powiedziałam, że zauważyłam przyrost wagi, który wywołał we mnie niepokój i dyskomfort. Nie podobało mi się, że przytyłam. Czułam się gruba i brzydka. Chciałam natychmiast skończyć jeść, a przynajmniej zmniejszyć dawkę.
Jednak.. po paru dniach nastąpił obrót o 180 stopni. Zaczęłam jeść ile wlezie. Czasem po zjedzeniu całego obiadu potrafiłam wziąć jeszcze jakieś ciastka, chrupki, czy coś innego do jedzenia. Potrafiłam tak cały dzień. Codziennie. Parę dni temu nawet doszłam do momentu, gdy chciałam zacząć się zdrowo odżywiać (tego typu posiłki wtedy miałam).
Wtem nastąpił wczorajszy wieczór. Chciałam iść standardowo po coś do jedzenia, ale zablokowały mnie myśli. Mimo, że wciąż mega chciałam to zrobić, zdecydowałam, że należy to skończyć. Koniec z ciągłym wpi**dalaniem, koniec z dużymi porcjami i tuczącymi rzeczami (jak już to raz na jakiś czas). Nastąpił czas „chcę schudnąć” i „im mniej kalorii tym lepiej”. Wszystko, byle nie być GRUBĄ.
~Impuremind~
czwartek, 6 lipca 2017
Moje 3 etapy chwilowego szczęścia
W ostatnim czasie moim umysłem zawładnęły różne emocje, różne stany. Zaczynając od totalnej obojętności, przez wrażenie, że może już jest okej, aż do momentu, gdy byłam szczęśliwa i nagle się całość rozwaliła. Ale może zacznijmy od początku.
Etap 1. Obojętność.
Po dniach pełnych bólu i smutku związanego z mą egzystencją rozpoczęły się te, które przepełniała nicość. Ogarnęła mnie w całości i nie mogłam nic z nią zrobić. Nie czułam nic, dosłownie NIC. Gdy miałam być szczęśliwa, w pewnym stopniu udawałam, gdy miałam być smutna, również udawałam, gdy miałam nic nie czuć, nie czułam nic. Mimo wszystko była jakaś jakby... ściana. Oddzielała mnie ona od uczuć i nie pozwalała im się przedostać do mnie. Z jednej strony chciałam, by były, by to wszystko nie miało tak czarno-białych barw. Z drugiej jednak czułam jakby ulgę. Nic mi nie kazało płakać, śmiać się. Nic mi nie rozkazywało. Mogłam robić co chcę i nie czuć nic. Miało to swoje plusy i minusy. Popełniłam parę błędów, które zraniły osoby, które kocham, pocięłam się, zachowywałam się mega głupio. W pewnym momencie poczułam się dziwnie. Jakby coś próbowało przebić się przez ścianę obojętności, która nie dawała za wygraną, ale usłyszałam jej wołanie. Tym czymś była miłość. Czułam, że znów chcę ją poczuć - to miłe odczucie w brzuchu i sercu, to ciepło, gdy myślałam o tej osobie.. W pewnej chwili tego wszystkiego zapragnęłam, mimo, że wiedziałam, jak to się skończy.
Etap 2. Wszystko, jak za dawnych czasów.
Z biegiem dni zaczynałam się czuć coraz normalniej. Byłam szczęśliwa, czasem pyskata, czasem nieco zamknięta i spokojna, a innym razem nadpobudliwa. Powoli zaczynałam wracać do starej, dobrej rutyny. Moje problemy z utrzymaniem higieny jak należy powoli zanikały, poprosiłam, czy mogę iść do psychologa. Pomyślałam, że zacznę ćwiczyć, w końcu wezmę się za siebie i naprawię kondycję, co niestety nie skończyło się najlepiej, ale mimo wszystko cieszyłam się, że zrobiłam pierwszy krok. Zdecydowałam, że pójdę do fryzjera, zetnę i zafarbuję włosy. Miałam dowiedzieć się o pracę. Wszystko wyglądało naprawdę dobrze.. do czasu.
Etap 3. Hello darkness my old friend.. 🎵
Zaczęło się od pracy – nie ma ofert, trzeba ewentualnie czekać. Okej, to może jednak nie w tym roku.. Jakoś starałam się z tym pogodzić, choć było dosyć trudno. Nadeszła szczęśliwa iskierka numer jeden – koncert Eda Sheerana za rok. Mama się zgodziła na moje uczestnictwo, co mnie mega ucieszyło i przez chwilę nie myślałam na temat pracy. Założyłam Aska, do którego link macie w zakładce „O blogu i autorkach”, co uważam za coś pozytywnego. Cieszyłam się również z szczęścia mojej najlepszej przyjaciółki, której powodziło się w ostatnim czasie. Spotkałam się z przyjaciółkami, było świetnie, jak zawsze. Spotkała nas poza tym jedna dość zabawna sytuacja, spotkanie. Jednak podczas tego wszystkiego zaczęło się we mnie dziać coś nietypowego. Zaczęłam ciągle sprawdzać aktywne osoby na Facebooku, wracać w myślach do przeszłości.. szczególnie do tego, co działo się w tym roku szkolnym. Na spotkaniu patrzyłam co jakiś czas na mijających ludzi, czekając na tę jedną, która się nie pojawiała. Gdy wróciłam do domu, położyłam się, włączyłam piosenkę, którą cały dzień słuchałam (będzie na dole) i myślałam dalej. Spytałam kilku osób, czy to normalne, to wszystko, co się dzieje.. Bo przecież sobie odpuściłam, dlaczego to znowu wraca? Każdy mi powiedział, że tak, to nic złego i powinno przejść.. tylko kiedy? Za rok, za tydzień, za miesiąc? Nie wiem czemu, ale nie mogłam znieść myśli, że znów się zakochałam, czy też zauroczyłam i to znów w tej samej osobie. Wszystkie te negatywne myśli doprowadziły do tego, że się rozpłakałam. Po raz pierwszy od paru tygodni. Wiem, może dość dziwny powód, by płakać, może dość infantylny.. ale powód to powód, nieprawdaż?
Po tych wszystkich wydarzeniach.. co przyniesie jutro?
~Impuremind~
Etap 1. Obojętność.
Po dniach pełnych bólu i smutku związanego z mą egzystencją rozpoczęły się te, które przepełniała nicość. Ogarnęła mnie w całości i nie mogłam nic z nią zrobić. Nie czułam nic, dosłownie NIC. Gdy miałam być szczęśliwa, w pewnym stopniu udawałam, gdy miałam być smutna, również udawałam, gdy miałam nic nie czuć, nie czułam nic. Mimo wszystko była jakaś jakby... ściana. Oddzielała mnie ona od uczuć i nie pozwalała im się przedostać do mnie. Z jednej strony chciałam, by były, by to wszystko nie miało tak czarno-białych barw. Z drugiej jednak czułam jakby ulgę. Nic mi nie kazało płakać, śmiać się. Nic mi nie rozkazywało. Mogłam robić co chcę i nie czuć nic. Miało to swoje plusy i minusy. Popełniłam parę błędów, które zraniły osoby, które kocham, pocięłam się, zachowywałam się mega głupio. W pewnym momencie poczułam się dziwnie. Jakby coś próbowało przebić się przez ścianę obojętności, która nie dawała za wygraną, ale usłyszałam jej wołanie. Tym czymś była miłość. Czułam, że znów chcę ją poczuć - to miłe odczucie w brzuchu i sercu, to ciepło, gdy myślałam o tej osobie.. W pewnej chwili tego wszystkiego zapragnęłam, mimo, że wiedziałam, jak to się skończy.
Etap 2. Wszystko, jak za dawnych czasów.
Z biegiem dni zaczynałam się czuć coraz normalniej. Byłam szczęśliwa, czasem pyskata, czasem nieco zamknięta i spokojna, a innym razem nadpobudliwa. Powoli zaczynałam wracać do starej, dobrej rutyny. Moje problemy z utrzymaniem higieny jak należy powoli zanikały, poprosiłam, czy mogę iść do psychologa. Pomyślałam, że zacznę ćwiczyć, w końcu wezmę się za siebie i naprawię kondycję, co niestety nie skończyło się najlepiej, ale mimo wszystko cieszyłam się, że zrobiłam pierwszy krok. Zdecydowałam, że pójdę do fryzjera, zetnę i zafarbuję włosy. Miałam dowiedzieć się o pracę. Wszystko wyglądało naprawdę dobrze.. do czasu.
Etap 3. Hello darkness my old friend.. 🎵
Zaczęło się od pracy – nie ma ofert, trzeba ewentualnie czekać. Okej, to może jednak nie w tym roku.. Jakoś starałam się z tym pogodzić, choć było dosyć trudno. Nadeszła szczęśliwa iskierka numer jeden – koncert Eda Sheerana za rok. Mama się zgodziła na moje uczestnictwo, co mnie mega ucieszyło i przez chwilę nie myślałam na temat pracy. Założyłam Aska, do którego link macie w zakładce „O blogu i autorkach”, co uważam za coś pozytywnego. Cieszyłam się również z szczęścia mojej najlepszej przyjaciółki, której powodziło się w ostatnim czasie. Spotkałam się z przyjaciółkami, było świetnie, jak zawsze. Spotkała nas poza tym jedna dość zabawna sytuacja, spotkanie. Jednak podczas tego wszystkiego zaczęło się we mnie dziać coś nietypowego. Zaczęłam ciągle sprawdzać aktywne osoby na Facebooku, wracać w myślach do przeszłości.. szczególnie do tego, co działo się w tym roku szkolnym. Na spotkaniu patrzyłam co jakiś czas na mijających ludzi, czekając na tę jedną, która się nie pojawiała. Gdy wróciłam do domu, położyłam się, włączyłam piosenkę, którą cały dzień słuchałam (będzie na dole) i myślałam dalej. Spytałam kilku osób, czy to normalne, to wszystko, co się dzieje.. Bo przecież sobie odpuściłam, dlaczego to znowu wraca? Każdy mi powiedział, że tak, to nic złego i powinno przejść.. tylko kiedy? Za rok, za tydzień, za miesiąc? Nie wiem czemu, ale nie mogłam znieść myśli, że znów się zakochałam, czy też zauroczyłam i to znów w tej samej osobie. Wszystkie te negatywne myśli doprowadziły do tego, że się rozpłakałam. Po raz pierwszy od paru tygodni. Wiem, może dość dziwny powód, by płakać, może dość infantylny.. ale powód to powód, nieprawdaż?
Po tych wszystkich wydarzeniach.. co przyniesie jutro?
~Impuremind~
czwartek, 29 czerwca 2017
Kiełkująca nadzieja
Siedziałam na balkonie. Była późna czerwcowa noc. Patrzyłam
na śpiące miasto; w niektórych domach paliły się jednak jeszcze światła.
Obserwowałam sylwetki ludzi widniejące w oknach sąsiedniego bloku. Jedni,
rozłożeni wygodnie na kanapie, oglądali telewizję, drudzy pracowali przy
komputerze, inni po prostu ze sobą rozmawiali – być może opowiadali sobie
nawzajem, jak minął im kolejny dzień ich życia.
Wiele już razy zdarzało mi się podglądać ludzi w ten
sposób. Lubię ich obserwować, zastanawiać się jakie są ich marzenia, ambicje,
jaka jest ich historia. Inspiruję się innymi. Szukam recepty na to, jak żyć –
jeżeli w ogóle jest po co.
W tamtą noc – kiedy siedziałam już dłuższą chwilę
bez ruchu i wgapiałam się w okna sąsiedniego bloku – nagle ogarnął mnie jakiś
niezwykły, głęboki spokój. W tamtym momencie, przez jedną krótką chwilę,
poczułam niesamowitą jedność ze wszystkimi ludźmi, nie tylko z tymi, na których wtedy patrzyłam oraz cichą nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Było to uczucie,
zupełnie, jak gdyby uśmiechnął się do mnie sam Bóg. Pomyślałam, że istnieje
może jakieś dobro, piękno i artyzm na świecie, w którym do tej pory widziałam
tylko obłudę, podłość i nieczułość. Przypomniałam sobie wszystkie piękne
chwile, które mnie spotkały – błogie
dzieciństwo, kiedy bolało tylko odrapane kolano, a największym problemem było
to, z którą koleżanką usiądę w ławce. Długie spacery z przyjaciółką za czasów
gimnazjum. Wspólne przygotowywanie niedzielnych obiadów z tatą. Zarwane noce
spędzone na czytaniu dziewiętnastowiecznych powieści. Wreszcie własne tworzenie
„do szuflady”, pisanie krótkich wierszy i dłuższych opowiadań.
I ja chcę tego wszystkiego się pozbyć?
Na kilka chwil zniknęły moje wyrzuty i żal do świata.
Bo przecież – sama jestem jego częścią. Choć niekiedy o tym zapominam.
Niestety było to bardzo ulotne doświadczenie. Po
kilku sekundach wszystko wróciło do normy, głęboki smutek i czarne myśli;
wszystko, co od dawna jest moją codziennością. Ale... coś w tej ciemności
jednak zostało – jakieś nieśmiałe pragnienie życia i kiełkująca nadzieja.
Dla takich momentów, jak tamten warto żyć... bo powoli
wychodzę z mroku – głęboko to czuję. Cofam się i upadam, ale później wstaję i
uparcie idę naprzód. Wierzę, że kiedyś wyjdę z depresji, dlatego nie poddaję
się myślom samobójczym – mówię sobie, że są one tylko objawem mojej choroby;
wcale nie muszę się ich słuchać. Bo mam po co żyć – dla takich momentów,
pełnych głębokiej akceptacji do wszystkiego, co mnie otacza, dla spokoju w
duszy i cichej radości – po tygodniach rozpaczy, samobójczych myśli i znaczenia
skóry kolejnymi ranami, takie chwile to prawdziwe szczęście.
~Hoppas~
Subskrybuj:
Posty (Atom)




